Jak przetrwać kolejną falę zwolnień w pracy. Wchodzić w łaski szefa, intrygować, rozpowiadać na prawo i lewo, że bez nas wszystko się zawali. A może przychodzić jako pierwszy a wychodzić jako ostatni? Nie. W czasach kryzysu najlepiej poradzą sobie nie ci, którzy niewolniczo przywiązują się do firmy, ale ci dla których najważniejsza jest rodzina - przekonuje dr Krzysztof Korona, psychoterapeuta w rozmowie z Renatą Bożek
Renata Bożek: Znajoma śmieje się, że teraz najlepiej zainwestować oszczędności w eleganckie czółenka i twarzowe bluzki. Bo tak łatwiej przekonać dyrektora, że taki pracownik to skarb. Może to wcale nie żart, tylko rozsądny sposób poprawienia swojej pozycji w pracy i uniknięcia zwolnienia?
Krzysztof Korona: Jeszcze kilka lat temu w psychologii
biznesu modne były tzw. miękkie techniki czyli po prostu pochlebstwa
wobec szefa, przyjaźnienie się z ważnymi osobami w firmie, zdobywanie
opinii osoby sympatycznej i miłej. Wielu doradców biznesowych uważało,
że sprawdzają się metody, które potocznie nazywa się lizusostwem, a w
języku specjalistów od szkoleń: sztuką budowania kontaktów. Wtedy pani
znajoma być może miałaby rację inwestując w apetyczny wygląd i
ubierając się tak, by podobać się szefowi. Ale te czasy mamy za sobą.
Kryzys zmusił pracodawców do patrzenia na pracowników pod kątem "być
albo nie być" firmy. Teraz liczy się przydatność pracownika, a nie to,
ze jest miły lub przeszedł właśnie na "ty" z dyrektorem. I coraz
trudniej będzie utrzymać się w firmie ludziom, którzy liczą na
znajomości, kontakty, powiązania rodzinne.
Ale jeśli jest dwóch pracowników, którzy mają takie same
kompetencje i doświadczenie, ale jednego szef lubi, a za drugim nie
przepada, to wiadomo, kogo zwolni.
To wcale nie jest takie pewne. Bo dzisiaj szef dwa razy się
zastanowi, zanim podejmie decyzję. Wie, że to od pracowników zależą
jego wyniki, a w rezultacie to czy on utrzyma się w pracy. Niedawno był
u mnie menadżer, który miał dylemat: "Co mam robić? Muszę zwolnić jedną
osobę. Tak naprawdę najmniej pracuje i ma najsłabsze wyniki Krysia. Ale
pracujmy razem od kilkunastu lat, jest przyjaciółką mojej żony, w
dodatku niedawno poważnie zachorował jej syn. Nie mam serca jej
wyrzucić". Powiedziałem mu: "Ma pan dwa wyjścia: albo trzyma się pan
roli kierownika, który ma zarządzać zespołem i dbać o to, by pracowali
w nim najlepsi, albo liczą się dla pana rzeczy nie związane z pracą. I
w jednym, i w drugim przypadku musi się pan liczyć z nieprzyjemnymi
konsekwencjami. Jeśli zwolni pan panią Krysię, może zerwać z panem
kontakty i obgadać przed znajomymi. Żona też będzie obrażona. Jeśli
zostawi ją pan, to albo będzie musiał za nią pracować, albo pana zespól
będzie miał gorsze wyniki i pan też może dostać wypowiedzenie. Nie
można zjeść ciastka i mieć ciastka. Trzeba wybierać i ponosić
konsekwencje wyborów". Większość szefów w takiej sytuacji zostawia
tych, którzy są niezbędni, by firma przynosiła zyski.
Jak więc przekonać szefa, że to akurat bez nas firma sobie nie poradzi?
Teraz najważniejsi są ci, którzy mają jak najwięcej kluczowych dla
firmy informacji. I nie chodzi o dwa fakultety i dodatkowe kursy
zarządzania, ani tym bardziej o to, że prezes ma romans z szefową
działu marketingu. Rozmawiałem ostatnio z dyrektorem handlowym jednej z
dużych firm spożywczych. Powiedział, że ma świadomość, że także część
dyrektorów dostanie wypowiedzenia. On się jednak tym nie martwi.
Skoncentrował w swoich rękach tyle kontaktów z klientami, że wie, że
jeśli wyszedłby z firmy to razem z nimi. Pracował na to latami, ale
teraz ma asy w ręku: ważnych klientów, którzy mają do niego zaufanie i
współpracują z firmą ze względu na niego. Jeśli on odejdzie, pociągnie
ich za sobą. Właściciel też to wie. Dlatego nie boi się zwolnienia,
mimo tego, że nie kumpluje się z właścicielem, jak inni dyrektorzy.
Co mogą zrobić ci, którzy nie mają takich kontaktów biznesowych, a też chcą okazać się niezbędni w firmie?
Ci muszą przekonać szefa, że potrafią zaradzić bolączkom, które
gnębią teraz firmy czyli znajdą sposób na znalezienie nowych funduszy.
W małych firmach wciąż doskonałym sposobem na podreperowanie budżetu są
pieniądze unijne. Dlatego radziłbym pracownikom inwestowanie czasu w
poznawanie przepisów, szkolenie się w pisaniu wniosków i nawiązanie
kontaktów z kimś, kto się na tym zna. Jeśli taki pracownik pójdzie do
szefa i powie: "Mam pomysł, jak wyciągnąć dla nas pieniądze z funduszy
unijnych" zyskuje opinię kogoś, kto naprawdę może się przydać w
ciężkich czasach. Drugi typ ludzi niezbędnych teraz w firmie to ci,
którzy mają pomysły na oszczędzanie. Cięcie kosztów to coś, za czym
gonią wszystkie firmy, więc pracownik, który to proponuje, jest na wagę
złota.
A jeśli szef poczuje, że pod bokiem wyrasta mu konkurencja i zrobi wszystko, by się jej pozbyć?
Dlatego pomysły trzeba przedstawiać mądrze. Nie tak, że idę do
szefa, mówię: "Nikt na to w tej firmie nie wpadł, a ja mam świetny
pomysł" i rzucam mu na biurko opracowany projekt. Trzeba prowadzić grę,
która polega na stopniowaniu wiedzy. Na początku powiedzieć: "Szefie,
chodzi mi po głowie pewien pomysł na cięcie kosztów. Potrzeba mi pięciu
dni, żeby dopracować szczegóły". Jest szansa, że szef nie tylko się
zaciekawi, ale dostrzeże nasz potencjał i niezbędność w firmie. Po
pięciu dniach pokazać fragment projektu, obiecując kolejną część za
tydzień. To może być sposób na to, by w czasie zwolnień wciąż być
niezastąpionym. Gdy przedstawimy wreszcie szefowi gotowy projekt,
możemy zasugerować kolejny. Czy to manipulacja? Nie, raczej spryt i
rozsądek.
Są pracownicy, którzy
sprytnie sugerują szefowi, że kolega zamiast pracować, szuka innej
posady, a koleżanka się leni. Cały wysiłek skupiają na eliminowaniu
innych.
Zawsze byli biurowi intryganci i korporacyjne szuje. Do mnie tacy
nie przychodzą, bo mają silne poczucie, że dobrze robią i nie mają
dylematów: "co jest dobre, co złe?". Za to mam pacjentów, którzy padli
ofiarą hien biurowych. Niedawno przyszedł do mnie młody człowiek:
"zostałem wykorzystany przez kolegę, opowiedziałem mu o swoim pomyśle,
on szefowi sprzedał to, jako własny. Dowiedziałem się o tym, kiedy
dostawałem wypowiedzenie. On został jako bardziej kreatywny pracownik".
Jak nie dopuścić do takiej sytuacji zwłaszcza teraz, gdy rynek pracy
zaczyna przypominać dżunglę? Bardziej koncentrować się na własnych
celach i interesach niż na dbaniu o to, by inni w pracy nas lubili.
Radziłbym też być bardziej wstrzemięźliwym w opowiadaniu o swoich
pomysłach.
Nie twierdzi pan chyba, że dobre kontakty ze współpracownikami nie
są potrzebne? Przecież i my możemy stracić pracę, a wtedy nie możemy na
nikogo liczyć. Nie poleci nas w innej firmie ktoś, kto nas nie lubi i
uważa za egoistów i karierowiczów.
Budowanie koalicji w miejscu pracy ma oczywiście sens. Bo
świadomość, że kolega lub koleżanka poprze nas, użyje swoich kontaktów,
by pomoc nam uniknąć zwolnienia lub znaleźć nową pracę obniża lęk i
wzmacnia pewność siebie. Kiedy w pracy pali się nam grunt pod nogami,
można zadzwonić do kumpla i zapytać: "Co robimy?" i zacząć wspólnie
szukać rozwiązań.
Wsparcie innych jest oczywiście ważne, ale dziś sytuacja jest
bardziej skomplikowana. Może się okazać, że najlepiej radzi sobie ten,
kto wcale nie ma dobrych kontaktowo z kolegami w pracy. Bo nawet jeśli
w środowisku ma opinię osoby aroganckiej i nie dbającej o
współpracowników, to dla kogoś, kto przyjmuje go do pracy, może to być
wręcz atutem. Bo bez oporów obetnie koszty na np. kawę w biurze lub
telefony służbowe, obciąży innych dodatkową pracą.
Czy to znaczy, że teraz bardziej opłaca się w pracy spryt i egoizm niż uczciwe i przyjazne traktowanie współpracowników?
Nie, to oznacza tylko tyle, że musimy jasno ustalić sobie
hierarchię ważności. Przyszedł do mnie kierownik produkcji, który nie
wiedział, co robić, bo właściciel polecił mu zwolnić połowę załogi. W
tym wielu kolegów, z którymi pracował od początku. Zapytałem go: Co
jest dla pana najważniejsze? To, żeby wszyscy pana lubili czy żeby
zarobił pan na rodzinę? Przywołuję wtedy scenę z życia jaskiniowców:
mężczyzna szedł na polowanie i przynosił swojej kobiecie i dziecku
pożywienie. Nie polował po to, by mieć przyjemność z ganiania z
kolegami za zwierzyną, ale po to, by utrzymać przy życiu swoich
bliskich. Współczesny myśliwy musi mieć poczucie, że celem jego
polowania jest utrzymanie rodziny. Nie przywiązanie do firmy, nie
samochód służbowy i duży gabinet. Gdy opowiadam to moim klientom,
dochodzi do nich, że najważniejsza jest rodzina, a nie prestiżowe
stanowisko czy to, że koledzy z pracy ich lubią.
Kluczem do sukcesu jest myślenie: "mam rodzinę i potrafię dla
nich zdobyć pożywienie". Nawet jeśli teraz pracuję jako kierownik, to
gdy stracę te posadę, nie będzie tragedii. Jeśli będzie trzeba,
zatrudnię się na budowie u kumpla z podstawówki. Bo dzięki temu moja
rodzina nie zginie. Moi klienci na początku buntują się: "Co też pan
mówi! Przecież to kompromitacja pracować poniżej swoich kwalifikacji".
Ale potem zaczynają dostrzegać, że takie rozwiązanie ma sens. Powodem
lęku przed zwolnieniem jest często to, że mężczyzna zawiedzie bliskich,
że nie sprawdzi się jako ten, na którego żona i dzieci mogą liczyć. Gdy
uzna, że zawsze znajdzie sposób, by zapewnić byt rodzinie, czuje się
pewniej. Jeśli ktoś tak ustawi sobie w głowie kwestie pracy, zawsze
przetrwa. Lepiej niż ten, który całą energię ładuje w intrygi biurowe
lub udowadnianie szefowi, że bez niego firma się zawali. Bo jeśli to
robi, to znak, że swoją wartość i życie łączy z firmą i stanowiskiem.
A jeśli przychodzi do
pana pracownik i mówi: "U mnie w firmie jest redukcja etatów. Bez tej
pracy nie utrzymam rodziny. Co mogę zrobić, by nie stracić tej pracy?".
Ludzie często mają nadzieję, że za pomocą kilku technik stosowanych
w psychologii biznesu unikną zwolnienia. Ale z mojego doświadczenia
wiem, że najlepszą pozycję w firmach mają ci, którzy nie są niewolniczo
przywiązani do stanowiska, którzy wiedzą, że gdzie indziej też mogą
zarobić pieniądze. Klientowi, który boi się utraty pracy, mówię: "Pan
musi być przygotowany na to, że dziś ta praca jest, a jutro może być
inna". Teraz nie chodzi o to, by kurczowo trzymać się posady, ale o to,
by zastanowić się, jakie ma się kompetencje i umiejętności, by się
utrzymać na powierzchni. Oczywiście przyjemniej byłoby mieć pewny etat
i stałą, dobrą pensję. Ale czasy są takie, że poradzą sobie ci, którzy
potrafią dostosować się do sytuacji i maja oczy otwarte na różne
możliwości. Chodzenie i zastanawianie się, co zrobić, by utrzymać się
na etacie jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Bo kombinowanie, jak
zyskać przychylność szefa, to tak naprawdę strata czasu, który lepiej
poświęcić na szukanie innych możliwości zarabiania pieniędzy, na
przygotowanie planu awaryjnego. Jeśli chcemy okazać się niezastąpieni,
najlepiej przyjąć strategię: "mam pracę, szukam pracy". Bo to daje nam
pewność, ze sobie poradzimy, zmniejsza lęk przed przyszłością i
koncentruje nasza uwagę na konkretnych działaniach, a nie zamartwianiu
się: "Co będzie, jak mnie zwolnią". Wtedy łatwiej o pewność siebie,
pokazywanie kompetencji i wykorzystywanie swoich atutów. W momencie, w
którym uświadomimy sobie, że nasze stanowisko wcale nie jest nam
niezbędna do życia, mamy większe szanse, by stać się pracownikiem
niezbędnym w firmie.
Niezbędnik dla niezatapialnego
1. Zadbaj o siebie: wysypiaj się, dobrze odżywiaj, relaksuj
się, codziennie zrób sobie jakąś przyjemność. Dzięki temu, w porównaniu
z kolegami zmordowanymi zadręczaniem się sytuacją na rynku, będziesz
bardziej twórczy i skuteczny w pracy.
2. Nigdy nie obmawiaj nikogo z firmy! Nawet tych, za
którymi nie przepadasz, traktuj uprzejmie. Pamiętaj, ze obmawiany może
kiedyś zostać twoim szefem.
3. Buduj swój własny sukces! To nie musi być od razu wielka
transakcja lub pomysł stulecia. Zacznij od tego, co naprawdę jesteś w
stanie osiągnąć: bądź punktualny, dotrzymuj umów, nie narzekaj. Chodzi
o to, żebyś poczuł, że możesz osiągnąć to, co zamierzyłeś. Wtedy będzie
ci łatwiej uwierzyć, że poradzisz sobie w czasach recesji.
4. Aktualizuj swoją wiedzę. Czytaj książki lub czasopisma z
branży, szukaj informacji w internecie. Staraj się być krok przed
innymi, bo w ten sposób pokazujesz, że jesteś bardziej przydatny firmie
niż ci, którzy wiedzą mniej.
5. Jeśli nie masz oszczędności, musisz zgodzić się na
niekorzystne dla siebie warunki i pracować więcej za mniejsze
pieniądze. Ale tylko do czasu, aż znajdziesz lepszą pracę. Zamiast
zarzucać sobie, że dajesz się wykorzystywać, wykorzystaj to, że jednak
nadal masz pracę na szukanie innej.
6. Myśl pragmatycznie. W czasach kryzysu powinieneś zmienić
hierarchię wartości. Teraz najważniejsze dla ciebie jest utrzymanie
pracy. Nie wyskakuj w ciągu dnia do sklepu, nie wychodź piętnaście
minut wcześniej, tłumacząc, że są korki a ty masz zajęcia w klubie
fitness.
Artykuł pochodzi z gazety Polska The Times - Magazyn Rodzinny.
Możesz go przeczytać także tutaj: http://polskatimes.pl/magazynrodzinny/96770,ten-niezastapiony-to-ja,id,t.html#material