Rafał nie przyzna się nigdy i nikomu, że nic na świecie nie sprawia mu tyle przyjemności, co seks w windzie w jednym z warszawskich hoteli. Nie dlatego, że kręci go winda, tylko dlatego, że jest w niej kamera. Wycelowana prosto w jego twarz.

Podgladacze
To zaczęło się już w podstawówce. Rafał zauważył, że prawdziwą przyjemność sprawia mu podglądanie dziewczyn w szatni na lekcji wychowania fizycznego. Zwykle, niby przypadkiem, wchodził w czasie przerwy, gdy one się przebierały, zmieszany, jąkał się, że niby zostawił tu swoje trampki, przepraszał i się wycofywał, ale nawet podejrzenie gołych ramion koleżanek, zdejmujących swetry czy bluzy, było dla niego przyjemnością.
- To nie jest tak, że nie lubię seksu - tłumaczy Rafał. - Sypiam z dziewczynami, jestem normalny. Nie mam jednak i dotąd nie miałem stałego związku z kobietą. Teraz to już nie tylko ja podglądam, ale sam lubię być podglądany. Mój ulubiony sposób na seks - to seks w windzie w hotelu, gdzie umieszczona jest kamera. Podnieca mnie myśl, że ktoś to właśnie ogląda i bierze w tym udział, razem z dziewczyną i ze mną.
Rafał nie uważa, że jest chory i potrzebuje pomocy. Uważa, że nie narusza przepisów, nie łamie prawa, po prostu podrywa dziewczyny i za ich zgodą uprawia z nimi seks, a że najlepiej mu smakuje tam, gdzie ktoś go może podejrzeć - to taka jego mała, prywatna tajemnica. – Przecież nikomu tym nie szkodzę - zapewnia mnie Rafał.
Marcin też ma malutki sekrecik. Otóż w soboty wieczorem Marcin lubi jeździć po Łodzi swoim wypasionym autem i zza szyb oglądać prostytutki. Im ładniejsze i bardziej wulgarne - tym lepiej. Potem Marcin staje samochodem w którymś z ciemnych zaułków miasta i się masturbuje. Po czym, zadowolony i spełniony, wraca do dzieci i żony.
- Podglądanie jest naszym pierwotnym instynktem - tłumaczy Krzysztof Korona, psychoterapeuta, pomagający ludziom na stronie psychonet.pl. - Kiedyś, gdy nie było podręczników, telewizji, internetu czy filmów na YouTube, ludzie uczyli się różnych zachowań, w tym seksualnych, tylko patrząc jeden na drugiego. Zresztą nie ma w tym niczego złego, osobiście uważam, że gdyby ludzie żyli w domach wyłącznie ze szklanych ścian i podglądali, jak kto z kim się kocha, seksuolodzy nie mieliby nic do roboty. Dlaczego? Bo ludzie traciliby swoje lęki, że są nienormalni, że mają chore fascynacje, gdyby widzieli czarno na białym, że inni robią to samo. Albo jeszcze bardziej wydumane rzeczy niż oni.
- Jeśli chodzi o podglądanie na tle erotycznym, to więcej zgłasza się pacjentów niż pacjentek - mówi Alina Henzel-Korzeniowska z Wielkopolskiego Centrum Seksuologii w Poznaniu. - Są jednak inni, bo w tej grupie zachowań jest jeszcze ekshibicjonizm, sadyzm, masochizm. Ale ogólnie rzecz ujmując, takich pacjentów nie jest zbyt wielu. Zdaniem Aliny Henzel-Korzeniowskiej, voyeryzm jest co prawda odchyleniem w zakresie sposobu realizacji uczuć, ale tylko część osób z tym odchyleniem wchodzi w konflikt z prawem. Oni nie czują, że robią coś złego, a jeśli swym podglądaniem naruszą przepisy, to wtedy trafiają raczej w ręce policji niż psychologów.
Bo przecież w pewnym sensie podglądają się nawzajem prawie wszyscy - chłopcy swoje siostry, żeby nauczyć się różnic płci, dzieci - rodziców, sąsiedzi - sąsiadów.
Bez dotykania
Jarek lubi wiele rzeczy - ogórkową, zimne piwo latem i frytki z ketchupem. Ale najbardziej lubi podłączyć się do kamery internetowej, rozebrać się i połączyć z Magdą. Ona też rozbiera się przed kamerą i tak oboje spędzają urocze chwile na seksualnych przyjemnościach. Bez dotykania. Nigdy się w realu nie spotkali i pewnie nie spotkają.
- Ona się na to zgadza i ja też jestem chętny - tłumaczy Jarek. - Nie wiem, dlaczego nie kręci mnie zwykły seks, wolę to robić "na odległość". Myśl o tym, że ktoś miałby mi dyszeć do ucha, głaskać mnie czy ślinić się nade mną wydaje mi się nieprzyjemna - wzdycha Jarek. – Być może coś tracę, być może nie jest to zupełnie normalne, ale wolę oglądać i być oglądanym, niż dotykać.
Dlaczego lubimy podglądać? – Bo ciekawi nas życie innych. Tak działa system porównań społecznych - wyjaśnia Alina Henzel-Korzeniowska. Według teorii amerykańskiego psychologa, Leona Festingera, człowiek ma po prostu tendencję do tego, by porównywać się z innymi. W efekcie tego jawnego lub z ukrycia podglądania bliźnich, gdy dowiadujemy się, co słychać u innych ludzi - to albo mobilizujemy siły, by w życiu osiągać tyle, co lepsi od nas, albo pogrążamy się w rozpaczy lub zawiści.
Są i tacy, co bezczelnie rozpowszechniają podglądane sceny w internecie czy przesyłają sobie nawzajem filmiki zrobione przez telefon. Efekt? Na przykład taki, że cztery lata temu 14-letnia Ania spod Gdańska powiesiła się we własnym pokoju na skakance. Powód? Koledzy nakręcili o niej paskudny filmik i z radością go upowszechniali. Albo sprawa Michała, który także odebrał sobie życie, bo koleżanka nagrała film, jakoby Michał uprawiał z nią, nieletnią przecież, ostry seks i film zamieściła w internecie. Potem przyznała, że żadnego seksu nie było, a film miał być tylko słodką zemstą za to, że siostra Michała wrednie się z nią pokłóciła. Samobójstwa Michała dziewczyna nie przewidziała.
Atak na człowieka
- Podglądanie bywa bardzo groźne dla podglądanego - mówi Krzysztof Korona, psychoterapeuta. Krzysztof wie o tym bardzo dobrze, bo był zaangażowany jako psycholog we wszystkie edycje "Big Brothera". - Ludzie decydowali się brać udział w tym programie nie mając świadomości, co się będzie z nimi działo, a szczególnie z ich psychiką w czasie, gdy będą odcięci od rodzin, od sygnałów, jak ich zachowanie jest odbierane przez bliskich - wspomina Krzysztof.
- Dlatego interweniowałem bardzo często. Ludzie ci prosili o pomoc, bo nie mogli sobie dać rady z ogarniającą ich depresją, z zaburzeniami psychosomatycznymi, z niepewnością, co na to, co się dzieje w programie, mówią przyjaciele i najbliżsi. Były myśli samobójcze, lęk, panika. Z jednej strony ludzie ci przed programem świadomie godzili się na to, żeby być podglądanym przez całą Polskę, a z drugiej strony nie do końca wiedzieli, co to w praktyce będzie dla nich oznaczało.
Bo to, że ktoś obcy ogląda, jak mieszasz herbatę, to nie problem. Ale jeśli wszyscy mieszkańcy twojej wsi patrzą uważnie na ekran, a ty akurat wyciskasz sobie pryszcza, kąpiesz się czy znikasz w toalecie, to przestajesz czuć się komfortowo.
Wiedzą o tym ludzie znani, aktorzy, piosenkarze czy tak zwani celebryci. Jeśli ktoś przypadkiem "namierzy" znanego polityka na wczasach w Tunezji i zrobi mu zdjęcie na basenie, z drinkiem w ręku, najlepiej jeszcze takie, na którym widać tłusty, nieopalony brzuch bohatera zdjęcia, albo przytulaną przez niego młodziutką blondynkę, to niejeden tabloid chętnie takie zdjęcie kupi i zamieści na swoich łamach.
- To poważny problem - twierdzi Krzysztof Korona. - Jestem biegłym sądowym w takich sprawach - o naruszenie dóbr osobistych prawa znanych ludzi do prywatności. Bo jest gdzieś przecież granica podglądania każdego, także osobistości, czyż nie? Nie może być zgody na to, że w każdym miejscu i o każdej porze osoba publiczna wystawiona jest na strzał dziennikarza.
Tym bardziej, że ofiara podglądania funkcjonuje dokładnie tak samo, jak ofiara molestowania - czuje się zaszczuta, niepewna, boi się zachowywać normalnie, stale ogląda się za siebie, czy gdzieś tam na drzewie lub w krzakach nie czają się paparazzi, po to, by jej pstryknąć fotkę w najbardziej żenującym momencie.
Zdaniem Krzysztofa Korony tacy podglądacze po prostu handlują wizerunkiem człowieka, nie bacząc na to, że na swój sposób dokonują tym samym ataku na człowieka. Aparatem fotograficznym czy komórką.
Z drugiej strony ludzie zamknięci w swoich klatkach, w mieszkaniach, niewiedzący, co się dzieje u sąsiada za ścianą, są niezdrowo ciekawi, co słychać u drugiego człowieka. Co kto ma w lodówce, czy kłóci się z żoną, jak sypia, czy ma ładny biust i jaką ma biżuterię. Szczególnie ciekawi jesteśmy ludzi dla nas niedostępnych, takich, z którymi nigdy zapewne się nie spotkamy. Bo oni stoją wyżej w hierarchii społecznej, mają lepsze pieniądze, są rozpoznawalni. O tych chcemy wiedzieć jak najwięcej.
Marta rzeczywiście nie wyobraża sobie dnia bez przejrzenia wszystkich plotkarskich gazet i forów internetowych. - Po co mi ta wiedza? Co kto i z kim? Nie wiem. Ja się z niektórymi z celebrytów nawet utożsamiam - opowiada Marta. - Na niektórych się wściekam, że robią tak, a nie inaczej, że zmieniają fryzury bez pytania widzów i czytelników o zdanie, że tyją lub chudną tak, jak im się podoba. Uważam, że mam prawo ingerować w ich życie, bo to jest po części moje życie. Uwielbiam na przykład serial "Seks w wielkim mieście" i nigdy nie mogłam darować Carrie, że jednak wyszła za mąż za Mr Biga. Idiotka, jak mogła zrobić coś tak głupiego?
Bo Marta nie ma swoich własnych spraw. Żyje z dnia na dzień, rutynowo wypełniając obowiązki żony i matki, choć matki już mniej, bo dzieci dawno się wyprowadziły. I wszystko w jej życiu jest tak mdłe, że kolorów dostarcza jej jedynie to, co dzieje się w życiu znanych ludzi. Tam stale są skandale, rozwody albo jazda po pijaku. Ach, ileż oni mają ciekawych przeżyć!
Rafał też uważa, że żyje ciekawie. Taki szybki seks w windzie, gdzie zamontowana jest kamera, potrafi "ustawić" mu humor na kilka dni. - Czuję adrenalinę, kręci mi się w głowie - uśmiecha się Rafał. - Nie ja jeden lubię podglądać i być podglądanym. Mam kolegę, który jest bardzo przystojny, wrażliwy, fajny. A jednak nie ma dziewczyny i nie chce jej mieć. Codziennie wieczorem wystawia lunetę na dach akademika i podgląda pewną panią po trzydziestce. Czasem nie zobaczy nic, a czasem zaledwie kawałek gołej łydki. Ale nic go tak nie rozpala, jak właśnie podejrzany z daleka, przez oko lunety, kawałek kobiecego ciała.
Bo całego ciała, blisko siebie, w łóżku - wcale nie chciałby mieć.
link do artykułu :
http://facet.onet.pl/extra/kazdy-kawalek-kobiecego-ciala,1,3741214,artykul.html